Ostatni ostrołęcki Bernardyn – o. Antoni Spiro

      Możliwość komentowania Ostatni ostrołęcki Bernardyn – o. Antoni Spiro została wyłączona

Na łamach czasopisma „Dzwonek”, 08 sierpień 1890 Rok VI Nr.8, odnajdujemy wspomnienie pośmiertne o o. Antonim Spiro. Nie sposób je streścić lub wyciągnąć główne myśli z tego wspomnienia. Dlatego też, podajemy owe słowa w całości, ku naszej wspólnej rozwadze. Skarbem jest mieć takich Robotników w Winnicy Pańskiej. 17 listopada przypadała kolejna rocznica jego śmierci. Poczytajmy więc.

9876579„Z Ostrołęki. Podajemy wam mili bracia według Przeglądu Katolickiego wiadomość, dla braku miejsca trochę opóźnioną o śmierci O. Antoniego Spiry Bernardyna. Bolesna katastrofa nawiedziła w tych dniach całą okolicę ostrołęcką, a szczególniej samo miasto, gdyż d. 17 listopada z. r., t. j. w niedziele o godz. 12 w południe, podczas samego Podniesienia, w ubogiej celi zakonnej klasztoru bernardyńskiego, zmarł kapłan-zakonnik, ozdoba naszego dekanatu, Ks. Antoni Spira.

Ś.p. ks. Antoni ur. w 1829 r. w miasteczku Siewierzu, w księstwie niegdyś Siewierskiem, w diecezji Kieleckiej^ z Maryanny Dorusiewicz i Szymona, małżonków Spira, obywateli miejskich. Kształcił się pod okiem pobożnej matki, to też w nader młodym wieku, bo zaledwie lat 15 liczący, usłyszał powołanie Pańskie, i idąc za niem, powiedział za św. Piotrem : „Otośmy opuścili wszystko i poszliśmy za Tobą“ (ś. Mat., r. 19, w 20). Opuściwszy więc kochane gniazdko rodzinne, chłopiec przybiegł do furty klasztornej 0 0 . Bernardynów w Przyrowie, prosić aby go też do tegoż zakonu przyjęto. I tu w r. 1846 odbył nowicjat, stąd wysłany został do Ostrołęki na naukę gramatyki. Z chlubnym świadectwem dobrego ucznia, udał się do Piotrkowa, na studia filozofii i teologii moralnej, które ukończył z wielką pociechą 0 0 . Bernardynów. Pobożny, pracowity, pokorny i nader zdolny r. 1853 został policzony w poczet kapłanów, otrzymawszy we Wrocławku z rąk ks. biskupa Marszewskiego święcenia, i już jako kapłana wysłano go do Warszawy na prawo i dogmatykę. Widziano w młodym słudze Bożym, prócz gorliwości, szczególny dar wymowy; więc po skończeniu nauk, chcąc w nim wzniecić tem gorętszy ogień kaznodziejski, zaproponowano ks. Antoniemu ambonę warszawską lub skempską, i tę ostatnią objął pokorny zakonnik, na której aż do r. 1803 chlubnie i z pożytkiem kazań

Władza zakonna oceniając tę wielce pożyteczną jego pracę, nadała ks. Antoniemu tytuł: contionator perpetuus — usque ad mortem, co i dzisiaj można wyczytać w Skempem, na jednej z tablic w ścianie korytarza. Tegoż roku „kaznodzieja” przez zgromadzenie zakonne, które po raz ostatni żegnało swe zacisze klasztorne w Ostrołęce, jednozgodnie wybrany został na rektora tegoż klasztoru, w którym pozostał aż do śmierci.

Ś. p. ks. Antoni był to kapłan rzeczywiście podług serca Bożego głębokiej wiary, miłości Boga i św. Kościoła. Z wiarą i miłością łączył nieposzlakowane życie. Nigdy źle o nikim nie mówił; przeciwnie, wady i usterki bliźnich umiał skrzętnie osłaniać płaszczem miłości bratniej. Pokora głęboka, słodycz anielska, uprzejmość w obejściu, miłosierdzie względem biednych — to drogie perły, błyszczące na szacie ubogiego życia ks. Antoniego. W konfesjonale niestrudzony, na ambonie gorliwy, przy ołtarzu pobożny, a przy łożu chorych pełen zaparcia i litości. Przy tym jako zakonnik ukochał swój habit, który  nosił, dopóki w trumnie w nim nie spoczął; a z habitem w parze szło i św. ubóstw o; ubóstwo w celi, ubóstwo w ubraniu, ubóstwo wszędzie i zawsze… To też wzniosłe te przymioty zjednały ks. Antoniem u powszechną miłość, szacunek i poważanie, nie tylko wśród braci kapłanów , ale i wśród wiernych, nie tylko w mieście ale i wśród innych wyznań chrześcijańskich, a nawet i żydów. Imię jego znane było wszystkim, naw et małe dzieci powtarzały: „idzie ks. kaznodzieja Antoni!“ Kochany i szanowany przez wszystkich, szczególniejszym był przyjacielem młodych kapłanów. Tam u niego, prócz gościnnego przyjęcia, znalazłeś w każdej porze serce otwarte, on cię w smutku pocieszył, łzy ci obtarł, w nieszczęściu pomógł, w zmartwieniu i w wątpliwości zdrową radą zasilił, twe wady po ojcowsku zganił, sprostował i dobrą drogę wskazał, w nim krótko mówiąc, miałeś wszystko : ojca, brata, przyjaciela, sąsiada i kolegę. Nic też dziwnego, że kiedy głos żałobny jęknął z wieżycy klasztornej, zwiastujący śmierć kapłana-zakonnika (a było to podczas Podniesienia, kiedy miejscowy ks. wikariusz sprawował niekrwawą Ofiarę), powstał płacz wielki, nieutulony wśród łkań ludu wiernego 1 Bo jakkolwiek ś. p. ks. Antoni chorował od kilku miesięcy na raka, jak utrzymywali lekarze, jednak prawie ciągle chodził i nikt nie przypuszczał, aby tak prędko dobiegł mety swego tu pielgrzymowania. Użyto całej sztuki lekarskiej, miejscowi bowiem lekarze z całym poświęceniem nieśli usługi swe choremu, lecz wszystko to okazało się bezskutecznym, a powtórny atak przerwał ostatnią nić życia. Na dzień czy dwa dni przedtem , wierny sługa Boży odbył św. spowiedź i przyjął św. Sakramenta na drogę wieczności.

Pogrzeb ś. p. Antoniego odbył się 21 listopada t j. we czwartek. w wigilią pogrzebu przybyło 17 kapłanów dekanalnych, aby z ubogiej celi wynieść ciało swego brata-kapłana. Uroczysta była to chwila, nader rzewna i przejmująca. Czterech młodych kapłanów, wśród łkania i płaczu kilkutysięcznego ludu i uroczysto-żałobnego: Miserere inei Deus, j nieśli na swych barkach zwłoki ostatniego Bernardyna w tym klasztorze, a postępując procesjonalnie przez korytarze, złożyli je na katafalku, który życzliwe miasto ozdobnie ubrało dla swego duchownego nauczyciela i przewodnika. Tu odśpiewano nieszpory Pro defunctis, a proboszcz z Troszyna, ks. Marcinowski, miał mowę. Na drugi dzień po po odśpiewaniu Officium defunctorum, ks. Krężelski dziekan miejscowy, odprawił Mszę św. główną, a ks. Bauer miał drugą mowę. Nastąpiła chwila rozdzierająca serce: śpiewano Libera na głosy, potem barki kapłańskie wzięły na się drogie wszystkim zwłoki, tłumy ludu, niosącego setki świec w ręku, szły w głębokiej zadumie, wśród płaczu i głębokich westchnień, a z ust kapłańskich unosił się ‘do niebieskiego Syjonu, ów hymn cudny Benedictus!

Nareszcie stanęliśmy na wspólnej nam wszystkim ‚ sypialni — na cmentarzu za miastem, nad grobem, wymurowanym przez życzliwą rękę, bo nic się nie zostało po ś. p. ks. Antonim. Tu przemówił słowa pożegnalne ks. J. Biały, wzruszony do głębi i z bijącym sercem od żalu, i nastała grobowa cisza, sześć tysięcy ludu różnych stanów i wyznań, spoglądało smutnie to na trumnę, to na mówcę, który przejęty j sam żywym uczuciem żalu, w krótkich słowach skreślił obraz życia zmarłego kapłana, wywodząc z tego obrazu nauki ku pociesze i zbudowaniu słuchaczów. Nareszcie mówca przedstawił ks. Antoniego, jako wzór dla żyjących kapłanów pod każdym i względem i pożegnał go imieniem wszystkich i od wszystkich. I spuszczono drogie zwłoki ks. Antoniego do grobu, a z tysiącznych piersi wyrwał się głos żalu i rzewne pożegnanie: „Ach, ojcze, pozostawiasz nas sierotami!“ to znów: „Zegnaj nam, drogi przyjacielu, zacny kapłanie!“ W powietrzu zaś unosiło się coraz wyżej i rzewniej Requiescat in pace! Salve R egina! Amen. Ks. W. Z.”

Download PDF