„Bartnik kurpiowski, zanim wszedł na drzewo, by dostać się do barci, zawsze najpierw żegnał się . Jeden z nich pewnego razu, próbując wejść na drzewo, prosił Pana Boga, żeby mu w tym pomógł. Przyrzekł Bogu, że za okazaną pomoc uleje Mu z wosku taką świecę, jak koł w płocie. Pan Bóg pewnie wysłuchał jego modlitwy, bo bartnik wszedł do połowy drzewa, ale dalej ani rusz. Spojrzał więc do góry, westchnął nabożnie i znowu zaczął prosić. Tym razem za wsparcie obiecał, iż uleje wielką świecę z knotem jak bicz. I tym razem Bóg przychylił się do błagania bartnika. Ale gdy bartnik był już przy barci, zwrócił się do Stwórcy mówiąc: „Kajześ ni tak gładko dopomóg, to ci za to uleje świecę jek palec, ze scernego zesłorocnego wosku, bo śwyzego to jesce ni mom.” Ledwo skończył zdanie, zaraz poczuł, że traci równowagę i spada na ziemię. Na szczęście nic mu złego nie stało się, bo pod drzewem rósł gruby, gęsty mech. Kiedy wstał z ziemi i otrzepał się, złożył zaraz nabożnie ręce i znowu westchnął. Po chwili powiedział grzecznie: „Panie Boze – dziańkuję z serca za to, ze jesce zyje, ale cemuj to było się takoj zaro pogniewać? To byli tylko takie zarty.”
Na podstawie: Adam Chętnik Gadki Kurpiowskie wyd. Pojezierze 1971

