Poniżej przedruk artykułu „KURPIE” z gazety „Polak w Brazylii” wychodzącej w Brazylii. Niezmiernie warto zapoznać się z nim, bowiem ukazuje obraz naszych przodków oczyma tych, którzy wyemigrowali za chlebem w tamte strony.
„Gdzie dziś gubernia Łomżyńska, począwszy od Narwi aż do granicy pruskiej, ciągnęły się za czasów polskich ciemne, nieprzejrzane bory. Trudno było człowiekowi dostać się w głąb tego kraju i tylko zwierz dziki, żubry, niedźwiedzie, jelenie — swobodnie bujały po tych gęstych lasach. I do dziś dnia jeszcze te puszcze pod Ostrołęką, Nowogrodem, Myszyńcem są to największe lasy w kraju. Wodą tylko człowiek dostać się mógł do te go kraju. Po nad rzekami, których było dużo w tych stronach, powstały pierwsze osady ludzkie. Ludność przybywała nieustannie, bo dużo przyczyn wypędzało ludzi z rodzinnych okolic. Gdzie pańszczyzna była zbyt ciężką i surową, gdzie chłop nie mógł sprawiedliwości doznać, tam rzucał dom i gospodarstwo własne i uchodził do puszczy. Tu był wolny jak ptak, i nikt go krzywdzić nie mógł Tak to powoli zaludniały się mazowieckie lasy. Lecz, że rolę trudno było karczować i że liche grunta źle rodziły, bo piasków i błot było wiele, jęli się więc ludzie innych sposobów gospodarowania. Zwierza wszelkiego była w puszczy obfitość wielka, a i moc różnego ptactwa, więc z s a mego polowania mógł tu człowiek wyżyć. I dzielni też to byli myśliwi: na całą Polskę słynęli z umiejętności strzelania. Od dziecka każdy ze strzelbą chodził. 'Opowiadają, że był tam nawet zwyczaj taki, że ojciec dla nauki syna kładł mu chleb wysoko na drzewie i chłopak musiał strzałem swój obiad zdobywać. Lecz głównym zajęciem Paszczaków było pszczelnictwo. Na wysokich drzewach 12 stóp od ziemi wyrabiali barcie, to jest próżne miejsca, w których niby w ulach osiadały roje pszczół. Każdy bartnik miał swój kawał lasu, w którym barcie stawiał. Przyjeżdżał tu wczesną wiosną, często nawet czółna i zaczynał swoje barcie dziać.
Zarzuciwszy sznur na wysoką gałąź, przytwierdzał do jednego końca deskę, na której siadał, a za koniec drugi wciągał się sam na wysokość. I tak z sosny na sosno, aż póki wszystkich swoich barci nie opatrzył na mieszkanie pszczołom. Później znów latem wracał do lasu i tu czasem po kilka miesięcy siedział, zrobiwszy sobie z desek i gałęzi byle dla schronienia przed deszczem i burzą. Miód i wosk wtedy wybierał i zwoził do domu. Miód, wosk, skóry zgromadzali u siebie Puszczaki i sprzedawali na targach Myszyńcu, Ostrołęce i innych miastach. W wodach, rzekach i jeziorach, których dużo było w Pusz czy (największe jezioro Serafin), łowili ryby, a jeszcze gdzieniegdzie i bursztyn kopali. Po te wszystkie towary zjeżdżali się kupcy niemieccy z Prus i chętnie je nabywać. Roli zaś uprawiali mało: parę zagonów koło chałupy pod żyto, groch, kapustę na potrzeby domowe. Oto i cało gospodarstwo Puszczaków. . . . Mądre urządzenia wyrobili sobie ci mieszkańcy puszczy czyli Kurpie, bo tak ich nazwano od obuwia, plecionego z kory lipowej. Wszyscy bartnicy tworzyli razem jedno bractwo wielkie, jedno towarzystwo, które własnym rządziło się obyczajem i święcie strzegło swych praw starodawnych. Nie było tu panów, ani poddanych, lecz wszyscy byli równi.
Rządziło wszystkim zebranie bartników, na które zwoływano ludzi przez obesłanie zna u bartnego, t. j. tabliczki drewnianej, opatrzonej znakiem, którą z kolei jeden do drugiego, sąsiad do sąsiada odnosił. Zgromadzali się wszyscy dwa razy do roku i wybierali sobie urzędników. Naprzód starostę bartnego, później dwóch sędziów i podsędków i pisarza bartnego. Nikt się nie mógł wymawiać od urzędu, bo za to kara była. . . Wybrani urzędnicy przysięgali całemu udowi. że urzędy swoje uczciwie sprawować, będą, „nie mając względu na ubogiego i na bogatego, na przyjaciela i nieprzyjaciela, dbając o łaskę, lub niełaskę czyją, ani na datek żaden, tylko według prawa, sumienia i uchwał ludu puszczańskiego. Sądy swoje odbywali w Ciechanowie i Przasnyszu co tydzień. Kary pieniężne składali do skrzyni bartnej, co była niby kasą, do całego bractwa należącą. Wyroki wpisywali do księgi bartnej, – którą chowano u starosty, a klucz do niej miał jeden wybrany z pośród bartników. Od sadów zwykłych można było zanosić skargę na reki [sądy] walne, które odbywały się w Przasnyszu na św. Wojciecha, a gdyby kto i tu był niezadowolony, to mógł się skarżyć do samego już króla. Wszyscy urzędnicy, starosta i sędziowie, gdyby ich kto pozwał, tak samo musieli stawać przed sądem . . . Towarzystwo opiekowało się sierotami, naznaczało im opiekunów z pośród bartników i doglądało, aby dobytek sierot nie ginął.
Tak to zgodnie i poczciwie żyli bartnicy. Je ’en stał za wszystkich, wszyscy za jednego. Trzymali się zawsze kupy i dlatego, choć niejeden chciał im odjąć swobód i skrzywdzić, zawsze potrafili się oprzeć i bronić. Mieli płacić królowi podatek niewielki, po rączce miodu od boru na dawną miarę [6 garrncy]. Podatek ten odwozili staroście prasnyskiemu, na dzień św. Michała. Raz gdy starosta chciał im podatek tem podwyższyć poskarżyli się Kurpie królowi i sprawę wygrali. Było to za króla Zygmunta III, w r. 1630. Później znowu, gdy inni starostowie chcieli nakładać na nich różne robocizny, gdy kazali sobie drzewo zwozić i domu budować, oparli się Kurpie i znowu się nie dali. Kroi każdy, wstępując na tron, potwierdzał prawa Kurpiów. Praw a te przechowywały się aż do rozbiorów. Byli więc Kurpie panami zupełnymi w puszczy i ^zachowali wolność i swobodę taką, jaką w innych okolicach Polski chłopi dawno już byli stracili”.
Polak w Brazylii – pismo tygodniowe dla wszystkich, R. 5, nr 38, 17.09.1908.

