Poniżej wspomnienia misjonarzy z misji odprawionych w Kadzidle w dniach 3-10.11.1907 roku, jako działanie majce zapobiec naukom i aktywności Mariawitów z Długiego Kątu:
„W miejscowości zwanej Długi Kąt, na przynależnej do tego kościoła, utworzyło się jedno ze środowisk mankielniczych. Przebywał tam często były ksiądz, a dziś odstępca: Żebrowski i zabija sumienie własne i tych biednych ludzi, których swymi heretyckimi naukami bałamuci i od kościoła Bożego odwodzi. Ta agitacja mankietnicza w tym Długim Kącie jest tak silna, że już prawie cała tamtejsza okolica odpadła od katolickiej wiary. Mają tam ci odszczepieńcy swoją kaplicę, do której zmuszają chodzić nawet tych, z pomiędzy miejscowych mieszkańców, którzy jeszcze wytrwali przy wierze.
Rodzą się stąd zaciekłe nienawiści, prześladowania, nawet bójki. Ks. proboszcz Turowski niewyczerpaną swoją słodyczą. Dobrocią serca i tym duchem prawdziwie apostolskim, jaki g o przenika, zdołał już bardzo wielu z tych uwiedzionych biedaków nawrócić, mimo to jednak jest jeszcze tych mankietników tutaj armia cała i dzięki Żebrowskiemu święci tu szatan niemałe tryumfy. Owo zakorzenionemu mankietnictwo było głównym powodem, dla którego w Kadzidle pragnął ks. proboszcz mieć misję. Zaraz też na wstępie zapoznał nas ze złymi prądami, które mu nurtują parafię, abyśmy w tym kierunku przeciwdziałali naukami misyjnemi. Do tych wskazówek zastosowaliśmy się ściśle i treścią kazań stały się tej prawdy wiary, które księża mankietnicy po heretycku przekręcają. Szczególniejszej łasce Bożej zawdzięczamy i przypisujemy, że liche wysiłki nasze jakikolwiek wydały owoc.
W te dni misyjne bardzo wielu takich, których Żebrowski obałamucił i oni sami już nie wiedzieli, czy są mankietnikami zupełnymi, czy jeszcze w nich coś z wiary katolickiej zostało, przystępowali tłumnie do spowiedzi i ze łzami wyrzekali się tych kozłowickich bałamuctw. Wszyscy kapłani traktowali ich z jak najdalej idącą łagodnością i wyrozumiałością, boć to rzecz dowiedziona, że miłością po Chrystusowemu pojętą najprędzej ich można nawrócić. Od nawróconych odbieraliśmy ich odznaki mankietnicze, to jest: medaliki, po których się głównie poznają; szkaplerze szare i paski niby tercjarskie, w które księża mankiet nicy swych adeptów przybierają. wmawiając w nich obłudnie i wykrętnie, że tym sposobem włączają ich do III Zakonu św. Franciszka, co jest kłamstwem wierutnym, bo do III Zakonu przyjmować nie mają prawa, a jeśli je mieli może niegdyś, to przez swą herezję i klątwę na nich rzuconą takowe utracili. W ogóle wytrącaliśmy z rąk ludu wszystko, co tylko od księży mankietlliczych mieli, przy czym pokazało się że mankietnicy wydali własny nakładem „Ćwiczenia, czyli rekolekcje św. Ignacego”, lecz te poprzekręcali po swojemu i tak sfałszowali, pozostawiając jednak dla omylenia maluczkich dawną ze starych wydań wziętą aprobatę biskupią. Te ćwiczenia „odbieraliśmy” także.
Wielką w tej pracy i nawracaniu pomoc mieliśmy w czcigodnemu duchowieństwu tej okolicy, które przybyło nader licznie i pracowało bez wytchnienia. Chociaż i bowiem mi misjonarze jak wszędzie tak i tutaj wszystek czas możliwie wolny spędzaliśmy w konfesjonałach, to jednak właściwie myśmy byli tymi, co na taczki ciężary kładli, a czcigodni współbracia znowu tymi, co te ciężkie taczki ciągnęli. Niechże im za to Pan Jezus zachowa na dzień zapłaty nagrodę swą pełną i obfitą.
A jednak mimo tak serdecznej pomocy i wytężonej pracy wyspowiadało się mało co więcej ponad 5400 ludzi. W innych warunkach (gdzie nie ma mankietnictwa), byłoby się przy takim napływie księży i przy pełnych ośmiu dniach misji, dwakroć tyle wyspowiadało, tu było zbyt trudno, więc dzięki Bogu i za to. Przy tyrn Żebrowski rezydował podczas misji w swym Długim Kącie i jakieś nadzwyczajne urządzał nabożeństwa, ludowi zbałamuconemu nie tylko groźnie zakazał iść na misję, ale rozesłał całą sforę swych zaciekłych agitatorów na drogi, wiodącego Kadzidła, aby zawracać Ind nazad do domów. Wszystkie te sztuczki zawiodły jednak;
co najwięcej wpłynęły na ludzi bardzo chwiejnej woli. Natomiast łaska Boża zapukała do serc nawet bardzo Zakamieniałych mankietników, gdyż jak mi opowiadał ks. proboszcz, widział przy spowiedzi i komunii świętej takich nawet fanatycznych mankietników, w których nawrócenie sam już niemal zwątpił.
W niedzielę dnia 10 listopada przed samym południem odbyła się uroczystość ustawienia krzyża misyjnego. Naród był ogromny. W miejscu, gdzie krzyż miał stanąć, trzeba było wybrać dół niezwykle wielki. Wszystkie bowiem owe mankietnicze szkaplerze, paski, medaliki, książki, litanie do „najświętszej” Kozłowskiej (Boże odpuść!) i jej obrazki, a było tego tyle, że ledwie w półkoszki by się to zmieściło, zrzuciło się do tego dołu i dopiero na tych heretyckich znamionach swą świętą stopą stanął krzyż Pański. Stanął na tern i gniecie te odszczepieńcze znaki, a ż je da Bóg! zgniecie tak, że zaginą.
Na tej misji w Kadzidle było kazań 31, nauk14, dróg krzyżowych 7. Zaraz po obiedzie wyjechaliśmy na następną stację misyjną”.
cyt. „Wspomnienia z misji odprawianych od 1906-1908 w Królestwie Polskim, zabranych prowincjach i Cesarstwie Rosyjskim, przez Zakon Braci Mniejszych św. Franciszka prowincji galicyjskiej” Ignacy Bogdański, Kraków 1908, s.260-265.

