Każdy z nas pragnie żyć w kraju, w którym poszanowanie prawa i odpowiedzialność za naruszenie przepisów obowiązującego prawa, to norma wobec wszystkich. Niestety tak nie jest. Jedną z grup, których to nie dotyczy są funkcjonariusze publiczni – urzędnicy. Czy jest ktoś w stanie podać przykłady ukarania urzędnika za opieszałość, błędne decyzje itp? Odpowiedź brzmi „NIE”.. Martwe przepisy zapewniają urzędnikom bezkarność.
Pomimo stosownych przepisów ustawy z 20 stycznia 2011 r. o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa, ustawa w tym kształcie jest fikcją. Osobę, która chce pociągnąć urzędnika do odpowiedzialności, czeka kilkuletnia, bardzo trudna i droga batalia. Po jej zakończeniu może uzyskać odszkodowanie w wysokości rocznej pensji urzędnika. Dlatego pokrzywdzeni rezygnują z dochodzenia swoich roszczeń. Ustawa w praktyce jest więc martwa. Nie sposób udowodnić, że doszło do rażącego naruszenia prawa. W wyjątkowych sytuacjach odszkodowanie można uzyskać jedynie od firmy ubezpieczeniowej, w której urzędnik zazwyczaj wykupuje sobie ubezpieczenie. Co też często czyni. A kto spróbować procesować się z firmą ubezpieczeniową, ten wie, jak to wygląda. Innym, należy życzyć, aby nie mieli tego „przywileju”. Łatwiej ukarać urzędnika na podstawie Kodeksu Pracy, niż przedmiotowej ustawy.
Czy zatem w naszym kraju chroni się obywateli? Gdzie tu jest miejsce na prawo i sprawiedliwość? Kogo zatem czekają kary? Przeciętnego Kowalskiego, którego karzę się na różny sposób, „elita funkcjonariuszy publicznych” jest bezkarna i nosi wysoko głowę wypowiadając jednocześnie szczytne słowa. Ale czy słusznie…….

