Sławny nasz powieściopisarz, Henryk Sienkiewicz, tak opisuje polowanie w Puswzczy Myszynieckiej księcia Ziemowita mazowieckiego w swej powieści: „…Krzyżacy.”
„Daleko w głębi puszczy ozwały się rogi kurpieskie, poczerń nastała cisza zupełna. Leciwie niekiedy zaskrzeczała sójka w wierzchołkach sosen, niekiedy zakrakali jak kruki „nawrotnicy,” których obowiązkiem było nawracać zwierza ku strzelcom. Myśliwi stali na skraju polany, wytężyli oczy na białą, pustą przestrzeń, na której wiatr poruszał oszronionem sitowiem i bezlistnymi krzakami wikliny — każdy czekał z niecierpliwością, jaki też pierwszy zwierz pojawi się na śniegu — wogóle wróżono sobie łowy obfite i wspaniałe, gdyż puszcza roiła się od żubrów, turów i dzików. Kurpie wykurzyli też z barłogów i kilka niedźwiedzi, które zbudzone wten sposób, chodziły pć> gąszczach złe, głodne i czujne, domyślając się, że wkrótce przyjdzie im stoczyć walkę nie o spokojny sen zimowy, ale o życie.
Trzeba było jednak czekać długo, gdyż ludzie, którzy parli zwierza ku polanie, zajęli ogromny szmat boru i szli z tak daleka, że do uszu myśliwych nie dochodziło nawet szczekanie psów, które zaraz po odezwaniu się rogów spuszczone zostały ze smyczy.
Wreszcie na skraju polany ukazały się wilki, które, jako najmniejsze, pierwsze usiłowały się wynieść z obieży. Było ich kilka. Ale wpadłszy na polanę i zwietrzywszy wokół ludzi, dały znów nurka w bór, szukając widocznie innego wyjścia. Potem dziki, wynurzywszy się z kniei, poczęły biedź długim, czarnym łańcuchem przez zaśnieżoną przestrzeń. Łańcuch ów zatrzymał się, słuchał, wietrzył, zawracał i znów słuchał: wyboczył ku sieciom, umiejętnie rozpiętym w celu powstrzymania zwierza i, poczuwszy nawrotników, znów puścił się ku myśliwym, chrapiąc, zbliżając się coraz ostrożniej, ale coraz bardziej, póki wreszcie nie rozległ się szczęk żelaznych zastawników przy kuszach, warkot grotów i póki pierwsza krew nie splamiła bladej, śnieżystej podścieli.
Wówczas rozległ się kwik przeraźliwy i stado rozproszyło się, jakby w nie piorun uderzył; jedne poszły na oślep przed siebie, drugie rzuciły się ku sieciom, inne poczęły biegać to w pojedynkę, to po kilka, mieszając się z innym zwierzem, od którego zaroiła się tymczasem polana. Już też dochodziły wyraźnie do uszu głosy rogów, ujadania psów i daleki gwar ludzi, idących z głębi boru.
Pomiędzy dzikami i wilkami biegały całe stada leklconogich sarn, płowych jeleni i łosiów o łbach ciężkich, ukoronowanych, pojnieszane z sobą, wichrzące po polanie, oślepione trwogą i szukające napróżno wyjścia.
Zapał myśliwski ogarnął wszystkich. Księżna, w której zagrała Kiejstutowa, ojcowska krew, wypuszczała grot za grotem w ową pstrą ciżbę, pokrzykując z radości za każdym razem, gdy ugodzony jeleń lub łoś wspinał się w pędzie do góry, a następnie walił się ciężko i kopał śnieg nogami.
Niespodzianie wychynął z szuwarów ogromny, siwy na łopatkach i karku niedźwiedź. Książę strzelił do niego z kuszy, a następnie wypadł ku niemu z oszczepem i gdy zwierz podniósł się, rycząc okropnie, na zadnie łapy, skłuł go w oczach całego dworu
Polana usłała się wreszcie gęsto trupami wszelkiego rodzaju zwierząt, lecz łowom daleko jeszcze było do końca. Owszem najciekawsza, a zarazem najniebezpieczniejsza ich chwila miała dopiero nadejść. Wypadło kilkanaście turów i żubrów. Szły one jakby w poczuciu swej siły, aż ziemia zaczęła dudnić pod ich ciężarem. Brodate byki, idące na czele gromady, zatrzymywały się chwilami, jakby rozważając, w którą stronę uderzyć. Z potwornych ich płuc wydobywał się głuchy ryk, do podziemnego grzmotu podobny, z nozdrzów dymiło parą, a kopiąc śnieg przedniemi nogami, zdawały się upatrywać z pod grzyw krwawemi oczyma ukrytego nieprzyjaciela.
Tymczasem wartownicy podnieśli ogromny krzyk, zawrzasły rogi, zadrżała puszcza aż hen do najdalszych głębin, a jednocześnie wypadły na polanę ze strasznym harmidrem goniące po tropie psy kurpieskie. Widok ich wprawił zwierzęta w wściekłość. Jeden z turów płowy, olbrzymi, niemal potworny byk, puścił się w ciężkich skokach ku szeregowi strzelców.
Na ten straszny widok nawrotnicy podnieśli krzyk jeszcze większy, w szeregu zaś myśliwych ozwały się przeraźliwe głosy: „Księżna! księżna! ratujcie panią!”
Zbyszko porwał za utkwiony w śniegu oszczep i skoczył na skraj lasu, za nim skoczyło kilku Litwinów, gotowych zginąć w obronie córki Kiejstuta — a wtem zgrzytnęła w rękach pani kusza, zaświszczał grot i, przeleciawszy ponad schylonym łbem zwierzęcia, utkwił w jego karku.
— Dostał! — zawołała księżna — nie pójdzie…
Ale dalsze jej słowa zagłuszył ryk tak. straszliwy, że konie przysiadły na zadach. Tur rzucił się, jak burza, wprost na panią, lecz nagle, z niemniejszym pędem wypadł mężny pan de Lorche i z kopią wyciągniętą runął na zwierza.
Obecni ujrzeli przez jedno mgnienie oka kopię, utkwioną w karku byka, która wnet wygięła się, jak pałąk i prysła w drobne złamki, zaczem olbrzymi rogaty łeb zniknął pod brzuchem konia i rumak i jeździec wylecieli jak z procy w po-wietrze. Koń począł bić w przedśmiertnych drgawkach nogami, oplątnjąc je we własne wyprnte trzewia, a tur pastwił się nad nim, orząc rogami jego otwarty brzuch. Pan de Lorche leżał na śniegu bez ruchu. Z boru sypnęli się ludzie na ratunek, a Zbyszko dobiegł pierwszy i wbił ostrze oszczepu pod łopatkę zwierzęcia. Lecz uderzył z takim rozmachem, że oszczep przy nagłym zwrocie tura pękł mu w ręku: na szczęście dopadł Czech Hlawa i podniósłszy oburącz szeroki topór, ciął w kark tura tuż za rogami.
Cięcie było tak straszne, że zwierz runął z przerąbanymi kręgami i łbem niemal do połowy odwalonym”…

