13 grudnia 1981 r. gen. Wojciech Jaruzelski za pośrednictwem państwowych środków przekazu informuje, że władzę przejmuje organ nazwany Wojskową Radą Ocalenia Narodowego, a na terenie całego kraju wprowadzony zostaje stan wojenny. Cały świat wstrzymał oddech. Widziano w tym pogwałcenie praw człowieka i ucisk, co było sprzeczne z ówczesną ideą demokratycznej i nowoczesnej Europy. Była to odpowiedź reżimu komunistycznego wobec rosnącej siły oporu polskiego społeczeństwa, zgromadzonego pod sztandarem „Solidarności”. Wprowadzono szereg restrykcji: zamknięto szkoły, władzę przejęło wojsko, rozpoczęły się internowania i aresztowania, skazywano tych, którzy naruszyli drakońskie prawa – paragrafy wymierzone przeciw wolnościom obywatelskim.

Poniżej fragmenty dwóch relacji z dnia wprowadzenia stanu wojennego w Polsce 13 grudnia 1981 roku z archiwum programu „Historia mówiona”.
ZOFIA HETMAN ur. 1927 – „Padał śnieg, to było 13 grudnia – stan wojenny Wstajemy rano, nastawiamy telewizor, nic nie słychać. Nastawiamy radio, nic nie słychać! Później jest dziennik i dziennikarz na wojskowo ubrany, w mundurze. No i nikt nic nie wiedział, a był już stan wojenny. Myśmy z początku nie wiedzieli, a to się zaczęło chyba w niedzielę. Jaruzelski tam ogłaszał, że… chodzić można od godziny ósmej do szóstej, czy coś takiego. Można się było poruszać, bo przecież ludzie pracowali. Tylko trzeba się było dostosować. Ósma godzina była, to ulice były puste. [Ormowcy] chodzili przecież. Jechałam któregoś dnia ulicą 3 Maja, patrzymy, a na Wojska Polskiego już cały kordon ormowców! Ale skąd oni się wzięli? Przecież nie było ich wcale widać. Tak momentalnie. Każdy się bał. Pamiętam, jak byłam wtedy u syna. Śnieg padał – to było 13 grudnia. A moja znajoma też pracowała w zakładach, i poszli na pasterkę – ona mieszkała w Czerniejewie – i jechali, a to wojsko całe już było pijane. I wpadł [jeden z nich] między ludzi, co wracali z kościoła, ona została zabita i jeszcze parę osób. Samochodem wpadł, pozabijał, pijany jechał. Nie patrzyli na nic, tacy szubrawcy byli. Ja przechodziłam koło Bramy Krakowskiej, a [jeden z nich] się mnie pyta, czy ja chcę dostać. Bo przechodziłam przez łańcuch. Przechodziłam, nogi przekładałam…”
MIROSŁAW TREMBECKI ur. 1954; Lublin – „[Fachowiec] skończył nam kłaść glazurę 13 grudnia [19]81 roku. Trzeba było jeszcze coś postawić; wypiliśmy przy kolacji, żeby się ta glazura dobrze trzymała, pan poszedł, wzięliśmy się z żoną za doprowadzenie łazienki i ubikacji do stanu używalności po glazurnikach i położyliśmy się spać tacy zmęczeni, była godzina czwarta czy piąta rano. Budzi nas dzwonek, łomot do drzwi, wstajemy zaspani – mama z tatą przychodzą zapłakani. „Co się stało?”. „No to wy nic nie wiecie?”. „Nic nie wiemy, bośmy się o piątej położyli spać” – jest godzina wpół do dziesiątej rano. „Stan wojenny wprowadzili na terenie Polski”. Mieszkam niedaleko trasy W-Z i wszystkie przejazdy kolumn wojskowych, czołgów i tego wszystkiego odbywały się trasą W-Z, [kiedy jechano] na Świdnik i na Fabrykę Samochodów Ciężarowych. I zawsze wieczorem to było takie jedno wielkie dudnienie, bo to wszystko się przemieszczało w tym kierunku. To było coś strasznego, bo na rondzie Wieniawska-Trasa W-Z [rondo im. Kuklińskiego] stały dwa albo trzy czołgi, takie wielkie. Dziecko, trzy latka, pytało się: „Tatusiu, co to jest? Co to?” – on to widział na filmach. Była to zima. Godzina milicyjna to też było coś strasznego, jak ludzie biegiem uciekali między klatkami, żeby nie natknąć się na patrol. Trasą W-Z jechały samochody z wojskiem czy z ZOMO, jechały te czołgi, jechały samochody opancerzone. To jechała cała duża kolumna, czasami pół godziny, tego nie można było policzyć, bo też nie mieszkałem tak, żeby widzieć dokładnie i liczyć z okna, tylko słyszałem hurgot tego ciężkiego, wojskowego sprzętu. [Przez] pierwsze dni stanu wojennego od godziny dwudziestej obowiązywał zakaz poruszania się samochodów. Nie było możliwości, żeby jeździć. To wszystko się odbywało w godzinach późnowieczornych i nocnych. Było niemożliwością zrobić [zdjęcie]; trasa W-Z nie była oświetlona, [pojazdy] jechały tylko na swoich światłach, a błysnąć wtedy fleszem, to już by chyba był wyrok …”
_______________________________________________________________________
Ps. Osobiście pamiętam ową grudniową niedzielę. Miałem wówczas 12 lat. Wybieraliśmy się jechać z ojcem do rodziny za Ostrołękę. Wyruszyliśmy, ale droga była długa i trudna, bo w większości piesza.Mroźna i śnieżna aura, głuche telefony, przerwany program telewizyjny – jedynie powtarzane wystąpienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Szkoły zamknięte – przymusowe ferie. Nikt nie wiedział co się dzieje i co robić, wśród dorosłych ciche rozmowy, strach, lęk, obawa. W kościele nabożeństwo i modlitwy za Ojczyznę. Dorośli mówili o aresztowaniach, Lechu Wałęsie, Solidarności i …
Dzisiaj, czasem rodzi się pytanie, czy prawidłowo zagospodarowaliśmy naukę z tego okresu? Wówczas śpiewano: „Ojczyznę wolną racz przywrócić Panie”, a czy dzisiaj jesteśmy faktycznie wolni? Przywołajmy tu utwór Ignacego Krasickiego „Ptaszki w klatce”. Poeta pisał
„Czegóż płaczesz? – staremu mówi czyżyk młody –
masz teraz lepsze w klatce niż w polu wygody”.
„Tyś w niej zrodzon – rzekł stary – przeto ci wybaczę;
Jam był wolny, dziś w klatce i dlatego płaczę.”

