Korespondencya „Wieku”. Z Myszyńca.
Zanotowałem w przeszłej korespondencyi z Myszyńca, że na miejscu zastałem już całą komisyę, wydelegowaną dla niesienia pomocy głodnym Kurpiom. Był to właśnie dzień w którym rozpoczęła ona swoją działalność. Straszny widok roztaczał się dookoła jedynego murowanego domku w Myszyńcu—plebanii. Tłum biedaków otaczał mieszkanie księdza Gryfkowicza, błagając o wsparcie. Na ulicy jednak niepodobna było rozdawać pieniędzy, z których wyliczyć się potrzeba ogółowi. Cała więc komisya postanowiła objechać sąsiednie wioski i rozpatrzyć się w nędzy.
Dodam tylko chyba jeszcze, że jest to naród bardzo schludny, co stanowi jedną z największych jego zalet. Kiedym wszedł do jednej z chat dotkniętych rzeczywiście głodem, jakież zdziwienie mnie opanowało! Spodziewałem się zastać nieporządek i nieład, tymczasem izba była umieciona, sprzątnięta, czyściutka, aż miło. Tylko wynędzniałe twarze świadczyły, iż pod tym pozornym spokojem kryje się ból i nieszczęście.
Nic dziwnego! po raz to pierwszy ujrzał on niesioną sobie pomoc, chociaż już nie po raz pierwszy cierpiał głód i niedostatek! Wprawdzie już parę razy otrzymywali Kurpie pomoc od rządu, który rozkazał wydać im z twierdzy Modlina zasiłki, ale z zastrzeżeniem ich zwrotu. Na razie było jako tako, ale przeszło la to, nastała zima, a Kurp’ biedny nie potrafił się przy swojej nędznej ziemi wycofać z interesu. Tymczasem nadeszła chwila zwrotu wypożyczonych zasobów: egzekwowano je, jeśli który sam dobrowolnie nie zapłacił, w skutek czego wielu gospodarzy podupadlo zupełnie.
I znów nic dziwnego. Ciemny wieśniak nie rozumie jeszcze „terminu” i prowadzi swój interes tak, jak mu wygodniej. Dziś nie młóci i nie sprzedaje zboża, bo musi orać, lub jechać do boru po drzewo; jutro wypadnie święto, pojutrze furmanka, to znów stójka, lub wreszcie odpust; tak schodzi dzień za dniem; rata zalega; komornik zjeżdża i sprzedaje ostatni dobytek. Zdaje nam się, że eubordynaeya wojskowa szczegółem tym naruszona, nieco została.
Dlatego to Kurpie, nauczeni smutnem doświadczeniem, woleli tym razem milczeć, aniżeli wzywać pomocy, która poratowawszy ich nieco w pierwszej chwili, później tak dotkliwie dawała się we znaki. To milczenie wywołało zapewne po części mniemanie, z którem i tu na miejscu spotkać mi się zdarzyło, że położenie Kurpiów nie jest znów tak złe, za jakie je ogłoszono. Przekonałem się dowodnie, że mniemanie to nie ma podstawy.
Kurp jest oszczędny aż do skąpstwa; trzy razy do roku jada mięso, parę razy więcej chleb, a całe życie swoje opiera na kartoflach. Barszcz i kartofle z solą, to zwykłe pożywię nie Kurpia. To też zahartowany na takiej strawie lud dzielniej niż każdy inny stawia czoło głodowi i silniejszy nawet stawia opór napaściom tyfusu głodowego. Dla tego głód nie objawia się tutaj może w tak uderzającej postaci jak gdzie indziej, a pozory te mogą omylić oko, głębiej w rzecz niewglądające. Zresztą Kurp’, żeby tylko nie żebrać cudzej pomocy, ryzykuje się na wszelkiego rodzaju zarobki. Tak np. naraża nieraz życie dla lichej zapłaty od żyda, który go najmuje do przemycania wódki lub innej kontrabandy na swój rachunek. Stąd zajścia ze strażą graniczną, które się często smutnie kończą dla przymusowego kotrabandzisty.
Sam będąc w Myszyńcu na dwa podobne natrafiłem wypadki. O pierwszym nie będę się rozwodził, powiem tylko, że Kurp’ otrzymał strzał z tyłu w nogę.
Drugi był gorszy. Prawo zakazuje wszystkim, nawet straży ziemskiej, w pasie granicznym łowienia kontrabandy, a jeśli kto wie o takowej, może tylko dać znać do miejscowej komendy i prosić o współudział w łowach. Wtedy należy się mu ze złapanej kontrabandy pewien procent.
Tymczasem jeden ze strażników myszynieckich, dowiedziawszy się o przeprowadzonej kontrabandzie, bez zawiadomienia straży granicznej udał się w nocy do boru aby schwycić kontrabandzistę. Ponieważ mu się to nie udało, strzelił za nim z tyłu z rewolweru i ranił w nogę tak, że aż kość pękła. Strażnik został wprawdzie oddany pod sąd, ale Kurpia z niebezpieczną raną odstawiono naprzód do szpitala ostrołęckiego, a stąd do Warszawy, gdzie nie wiadomo czy się wyliże.
Podobne stosunki naturalnie mogą na ten lud wpłynąć dodatnio. Staje on się podejrzliwym i niedowierzającym, a żyd jest dla niego ostateczną wyrocznią, do której w każdej potrzebie z zaufaniem Kurp’ się udaje. Żyd poradzi na wszystko! Potrzeba Kurpiowi pieniędzy, da, z warunkiem, aby w nocy przywiózł mu sztukę drzewa z rządowych lasów!
Częstokroć udaje się na kradzież, a przecież niepodobna żeby przy częstej tego rodzaju praktyce ani raz nie został złapany! a dosyć jest tego jednego razu, żeby zapłacił za wszystkie skradzione sztuki. Tego wyrachowania Kurp nie ma, a z drugiej strony brak mu też oświaty i moralnej podstawy do oparcia się pokusie tego niemoralnego zarobku, wobec gniotącej go biedy. A skądże on ma czerpać tę oświatę, skoro np. na całą parafię myszyniecką, liczącą 22,000 ludności, jest za ledwie jedna szkoła w Myszyńcu, a i do tej Kurpie mało dzieci posyłają.
Powyżej przytoczone przeze mnie szczegóły, mogą, zdaje mi się, rzucić niemałe światło na obecny, chwilowy, jak i na normalny stan i stosunki Kurpiów. Dodam tylko chyba jeszcze, że jest to naród bardzo schludny, co stanowi jedną z największych jego zalet. Kiedym wszedł do jednej z chat dotkniętych rzeczywiście głodem, jakież zdziwienie mnie opanowało! Spodziewałem się zastać nieporządek i nieład, tymczasem izba była umieciona, sprzątnięta, czyściutka, aż miło. Tylko wynędzniałe twarze świadczyły, iż pod tym pozornym spokojem kryje się ból i nieszczęście. Wiktor Czajewski
Wiek : gazeta polityczna, literacka i społeczna, R. 9, nr 104 (11 maja 1881)






