Kocham moją rodzinną miejscowość, tu się urodziłem, wychowałem i jestem dumny, gdy mogę coś zrobić dla mojej miejscowości, cieszę się, gdy zmienia się ona na lepsze dzięki mojej małej cegiełce – tak zapewne chciałby powiedzieć każdy, komu na sercu leży prawdziwe dobro jego małej ojczyzny. Takich osób na terenie gminy Lelis nie jest garstka, jest ich naprawdę sporo, ale są rozproszeni. Bez realnego wsparcia lokalnej władzy. Postawmy retoryczne pytanie: kiedy władza podziękowała lokalnym niezależnym aktywistom? Podkreślam niezależnym.
Ideałem byłoby, gdyby władze gminne wspierały aktywność mieszkańców i ich organizacji. Tymczasem wspierają one, ale te, które działają pod ich egidą, wykonują pracę zgodną z właściwym zapotrzebowaniem lokalnych decydentów. Inni pozostawieni są sami sobie, bo chcą być niezależni, samodzielni, otwarci. W większych skupiskach, aglomeracjach jest nieco inaczej. Prowincjonalne obszary rządzą się nieco innymi prawami. Tu rządzą określone osoby, chcemy czy nie, ale tak jest. Czy tak musi być? Oczywiście, że nie. Wszystko w naszych rękach. Nic o nas bez nas. Zatem działajmy razem i pod wspólnym przewodnictwem.

