Zapusty, ostatki, mięsopusty to tradycyjne staropolskie nazwy karnawału. W święto Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli (6 stycznia), rozpoczynał na Kurpiach /i nie tylko/ czas spotkań towarzyskich. Silne przywiązanie kultury kurpiowskiej do tradycji ojców sprawia, iż obecnie możemy bezpośrednio dotknąć niektóre elementy zwyczajów naszych ojców.
Nazwa tego okresu pochodzi od łacińsko-włoskiego carnavale. Człony tego słowa caro – mięso i vale – bywaj zdrów oznaczają razem czas ucztowania i zabawy, w związku z nadchodzącym Wielkim Postem. Słowo „karnawał” nawiązuje także do łacińskiego carrus navalis. czyli „mięso żegnaj”. Lud mówił o nim „zapusty” lub „mięsopust”.
W regionie kurpiowskim nie organizowano dużych balów karnawałowych. Popularne były za to spotkania na tzw. „muzyce”, czyli zabawach prywatnych w chałupach. Gospodarze zbierali się po domach, żeby śpiewać improwizowane piosenki, żartować i opowiadać różne historie, jeść placek drożdżowy i popijać samogonkę. Takie wieczornice odbywały się przy świetle kaganka z łojem. Na stole pojawiał się więc niesłodki placek drożdżowy, czyli łagodniał. Najchętniej słuchano opowieści gospodarzy czy parobków, tych którzy bywali „we świecie”. Historie na ogół miały za zadanie przestraszyć dziewuchy, tak, żeby bały się wracać same do chałup i prosiły kawalerów o odprowadzenie do domów. Wieczornice („kominki”) często kończyły się tańcami. W każdej wsi była co najmniej jedna osoba, która umiała grać na harmonii, skrzypcach czy organkach.
Największą atrakcją bywały wizyty wędrownych dziadów. Przybycie dziada do wsi to było święto. Był on gazetą i telewizorem jednocześnie, bo przynosił nowiny ze świata i zabawiał gadką. Zatrzymywał się u sołtysa albo u innych zamożnych gospodarzy. Za nocleg i miskę kaszy odpłacał opowieściami. Przyjąć go – to był chrześcijański obowiązek. Wędrownych dziadów można było jeszcze spotkać po II wojnie światowej.
Czas przed Wielkim Postem jeszcze w początkach XX wieku był wyraźnie oddzielony od reszty roku. W czasie zapustów starano się bawić, tańczyć i tłusto jeść, a od środy popielcowej szczerze pościć. Tradycją stał się zwyczaj obfitego jedzenia, zwłaszcza w ostatni czwartek karnawału zwany tłustym lub combrowym. Zaczerpnięty z rejonów Galicji zwyczaj jedzenia chrustu i pączków przetrwał do dziś. Najstarsi Kurpie w czasie postu do dziś nie jedzą nabiału.
Tłusty czwartek był początkiem i wstępem do zabaw oraz szaleństw, które miały się odbywać w ostatki, czyli w trzy ostatnie dni karnawału, zwane także dniami kusymi, a więc diabelskimi lub zapustami – tak, jak cały karnawał. Późniejszym elementem zabaw tego okresu, zaczerpniętych z zwyczajów szlacheckich – rycerskich, było także organizowanie kuligów.
Podczas ostatniego wtorku urządzano różne psoty i figle, takie jak np. kładzenie kloców pod drzwi uniemożliwiające wyjście z domu, wciąganie wozu na stodołę. O odwróconym porządku tego dnia świadczyli przebierańcy – chłopcy przebierali się za dziewczęta, te odwrotnie – za chłopców, inni nosili na przykład ubrania wywrócone spodem na wierzch.
Na Kurpiach był zwyczaj, że w ostatni wtorek około północy wjeżdża Zapust na koniku drewnianym do gospody i rozpędza biesiadników, obsypując ich popiołem i gasząc światła, ogłaszając tym samym czas ciszy, skupienia – czas przygotowań do Wielkanocy.

