JEK U GENI KARTOFLE KOPALI

      Możliwość komentowania JEK U GENI KARTOFLE KOPALI została wyłączona

Tero to nasły take casy, ze tylo patrzeć końca śwata. Downiej moziłam jedno cąstke roŜańca ziecorem, a tero wszystke trzy i to na klenckach. Przed niedzielo kopalim kartofle; te na dołku kele olsynow. Wzienam kosik, motykę i ide pomału na pole, a moj chłop krzycy:

– Stoj, Genia! Juześ chyba dość się to motyko nakopała!?

Ustałam i patrze, to na motyke, to na chłopa. A motyka dobro, porencno, jesce po matce jo mom.

– To cem mom kopać, grabziani!? – pytom się go.

A on na to, ze Jentoniow Franek kupsiuł kopacke i przyjadzie dziś nom kopać. Wolo Bosko. Motykę ostaziłam i poślim na pole. Za sile przysły i kobziety, ale tez bez motykow. Ustałym tak z teni kosikani i stojem jek głupsie kele niedzy. Na roz patrzę ci jo, a tu zzo olsynkow jadzie i Franek. Jadzie ci on na tej kopacce w pore koni jek jeki bziskup. Zajechoł od Bronkowej niedzy, ustoł, a my chyzo jedna przez drugo to kopacke oglondać. Patrzę, z przodu dysiel, z tyłu śmigło, siodełko, a na siodełku Franek z bzicem. Zieta ludzie, ze jo w zyciu jesce tyle strachu to nie przezyłam jek wtencas.

Jek ten Franecek bzicem śmagnoł konie, jek ta kopacka rusyła, to nie ziedziałam, cy mom uciekać, cy o scenśliwo śnierć Nojśwentso Panienkę prosieć. Te śmigło zaceno terkotać, psioskem po ślepsiach sypać, kobziety ryceć zaceny wniebogłosy, kosiki śmergneły i kazdo we swo stronę uciekały, tylo kurz za nieni wstawoł.

Andzia z Olesio, to az w olsynkach się zatrzymały. Konie się wyrasiły tego ryku. Franek zlecioł z siodełka i zgubziuł bzic. Konie zaceny galopować z to kopacko po kartoflisku, Franek za nieni, a moj chłop za Frankem. Kartofle, to tak lotały w pozietrzu, ze tylo się kosikani zastozialim zeby w łusine nie dostać. Cale sodoma!

Kobziety powyrosane, kartofle az na Bolkowem polu, a konie z to kopacko w Olszynkach. Jek ni ksyne odesło, to psierse co zrobziłam, to wzienam ten bzic, co go Franek zgubziuł i nojpsierw mojemu chłopoziu porę lepsech na chrzybonie odnierzałam, a poźniej chciałam Frankoziu, ale on je za chyzy. Za sile poznajdywały się kobziety. Przyniosłym motyki i zabrałym się za kopanie. Pomału nom to sło, bo rence straśnie drzały, a Andzie z Olesio, to scykutka trzymała az do samego pamroku.

Ludzie me we wsi znajo i ziedzo zem kobzieta spokojne i nowocesności nic przeciwne, ale poziedziałam chłopoziu, ze jek ni jesce roz tego satana na pole przywlece, to go tak motyko przezegnom, ze bendzie chyziej nogani przebzieroł jek te śmigło u kopacki. – (Leszek CzyŜ: Pusco ty moja cz. 2)

Download PDF