O śwanconku o ceberkowej Rózynie
Tera to naród tak się bez te wojne popsuł, ze ludzie zyja jek nime stworzenia. Ani Swiątku, ani psiontku dla nich. Patrzcie tylo, jak tera ludzie posco. Dawniej jek się zacon zielgi post, to od chrzodyaz pou samo Zielgo Noc nikt nie powąchał niansa. To ziecie , swaku, ten Iowy, jek go tam w Zielgo Sobote kiełbaso zaleciało, to i nie strzymał i chamonon. Ale z tego różności casem wychodziły. To takie raz było zdarzenie.
Chłopakem jesce wtedy bułem i na katechizm do ościoła latałem, jek to się w Mysańcu przytrasiło.Sła z Wykrotu Cberkowa Rózyna i niosła do kościoła śwancoek. Probosc mysaniecki buł wtedy chory i som po śwanconem nie jeździł, to kozdy niós do kościoła, co tam niał. Posła i Rózyna, a dziwak buł zerty. Niesie w chustce śwancone. Z kope jajków i ser, i pare pantków kiełbasy, bo Ceberek na śwanta zarzną wieprzka i cała zieś od niego nięso niała. Idzie Rózyna bez chojniaki, sama jedna, bo już na odziecerzu było i myślio tam, jek ta kiełbasa pachnie, ze Az we chrzodu zierci… Żeby tak popróbować. Obejrzała się, nie zidać nikogój.Powonchała… Nie strzymom! Ale to grzech… Jesce Ziega Sobota… A ciort, co jej do bela wlaz, kusi: Jek tam kawałek ugryziwś, to do piekła od razu nie podzies. Żeby tylko tyle ludzie grzeszyli… A i post już się koncy… Sprobbuj…
Rózyna przysiadła. Rozzionzała chustke, a palice trzanso się jek we frybrze. Odłomała kawałek i chap… Połknena. A tu jak coś beknie na boru, jek się zaśnieje z całej gamby, to taki sum posed po gałanziach, ze Az ciarki przesły.
– Bo tu ziecie swaku, w tam ajwu, miejscu stojała jeglija, co na niej jakiś warsieziak poziesiuł. Kope lat temu nazad. Ale tam od tej pory zawse straszyło. To tera to nikt, tylko som ciort z Rózyna się roześnniał.
A Rózyna , jak tan śniech usłyszała, to jo zatkneno i fajtnena bez dusy na zianie. Śli potem jakeś ludzie z kadzidlańskiej parafii. Patrzą a tu dziewcak umarły lezy. Tak jo do Mysańca wziani, a wikary kazalll jo zanieść do kaplicy na smantarzu, to jo pochowa po Zielgiej Nocy, bo w takie wanto chować nie można. I tak lezała Rózyna, jek nieboscycka bez cało noc.
Drugiego dnia, jesce przed procesjo, posed dziad kościelny na cmentarz. Zagląda do kaplicy i zidzi umarłego dziewcaka na ziani. Popatrzuł, podumał i zal mu się jej zrobziło. Skoda. I zyskowna, młoda, i jakby niepemerła, to by mogła jesce zyć..
Patrzy, a Rózyna ma na syi burśtyny, ale takie grube, jek psianście. Skoda dziewcaka, myśli kościelny, ale burśtynów tez skoda. Mojej starej by się przydały… Ale to grzech…
– Nie…- ciort go kusi – i tak do piachu pódą.
Przyklonk przy Rózynie.
– Wezme…
– Weź!…
-Nie rus!…
-Weź!
I zion…
Ale burśtyny mocno ściskały syje, ze nie móg ich rozzionzać, to wsadził palec pod syje i sarpnon. Śnurek pank… nie uwierzyta, swabu, co się stało.
Rózyna otwiera ocy i jek kalśnena, jek stanknena, to jej ajwu, cała kiełbasa z grdyki wyskoczyła…
Rózyna w bek, a dziad tez krzycy.Rózyna wstaje, a dziad w nogi. To jek wyskocuł z kaplicy, to jek posed, to gnał bez zatrzymania cały dziań i cało noc i w rozwidnieniu Az do Ostrłęi doleciał. Tam go dopiero ludzie zatrzymali i zieli zimno wodo, to się po tam dyngusie opanientał i do jakiego takiego rozumu przysed…
Ks. Stanisław Tworkowski
Warszawa 1961 „ Literatura Ludowa” V. nr 4-6

