Egzekucja Elżbiety Zahorskiej miała miejsce 03.11.1939 r., została zabita przez Niemców za to, że ośmieliła się zerwać plakat niemiecki. Nasz rodak – ks. Stanisław Tworkowski, w tym czasie pełnił funkcje więziennego kapelana. Niemcy pozwolili mu uczestniczyć w egzekucji Elżbiety oraz rozstrzelanej tego samego dnia Eugenii Włodarz.
Mało kto dziś pamięta o Elżbiecie „Litce” Zahorskiej — jednej z pierwszych prekursorek małego sabotażu w okupowanej Polsce. W domu wołano na nią po prostu Litka.
Była córką szachisty i prawnika Eugeniusza Zahorskiego oraz pisarki Anny Zahorskiej ps. „Savitri”, autorki wiersza „Litka”, napisanego po tragicznej śmierci córki. Jej matka zginęła w 1942 roku w Auschwitz-Birkenau, ojciec zmarł w 1947 roku — jeszcze przed wojną Litka mogła liczyć na ich bliskość; tuż przed śmiercią pozwolono jej spotkać się z ojcem, który przyniósł jej ciastka i rękawiczki.Litka miała pięcioro rodzeństwa: Bronisława, Jerzego, Józefa, Wandę i Krystynę. Rodzina Zahorskich wyjątkowo tragicznie doświadczyła wojny — obie jej siostry zginęły: jedna w obozie koncentracyjnym, druga podczas bombardowania Warszawy w czasie powstania warszawskiego. Brat Józef zmarł jako małe dziecko jeszcze przed wojną; Bronisław, prawnik i romanista, urzędnik Najwyższej Izby Kontroli, zmarł w 1984 roku; Jerzy, inżynier i lotnik RAF-u, zmarł w Anglii w 2005 roku.„Wielki, ciężarowy samochód, jeden z tych, które później nazywaliśmy budami, z trudem przebijał się przez ulice. Co chwila musiał omijać głębokie leje i stosy gruzów zawalających jezdnię.Obok samochodu, na motocyklach jechali niemieccy żołnierze, uzbrojeni w karabiny i ręczne granaty. Widziałem ich posępne twarze: korowód grabarzy w szarych płaszczach i hetmach znaczonych swastyką.Wjechaliśmy na Okopową. Był wczesny, listopadowy poranek. W budzie byłem ja, jako kapelan więzienny, milczący oficer o zimnym, bezbarwnym spojrzeniu, nieznana mi kobieta lat około trzydziestu, wieziona również na rozstrzelanie i Zahorska.Nigdy nie zapomnę twarzy tej dziewczyny o rysach kształtnych i zdecydowanych, ani spojrzenia jej dużych, niebieskich oczu, Ubrana w żołnierską bluzę, była zupełnie spokojna i nie zdradzała najmniejszego lęku czy niepokoju.Wiedziałem, że walczyła z bronią w ręku. (…)W budzie panowało milczenie. Do uszu naszych dochodził jedynie warkot motorów. Nozdrza drażnił ostry zapach spalin.– Proszę księdza kapelana szwabi gotowi są pomyśleć, że Polacy boją się śmierci… Jedziemy rzeczywiście jak na pogrzeb. Trzeba im pokazać, że nie lękamy się śmierci.Leutenant, oficerze usiłowała mówić po niemiecku – wollen Sie, może chcesz poznać naszą pieśńi pogrzebową? Posłuchaj!Zanim Niemiec zdołał coś odpowiedzieć, zaśpiewała: Umarł Maciek, umarł, i leży na desce, żeby mu zagrali, podskoczytby jeszcze, bo w Mazurze taka dusza, że choć umrze, to się rusza. Oj danaż moja dana, dana, dana, da!Oficer tępo patrząc przed siebie jeszcze bardziej zacisnął wąskie wargi. Dwaj żołnierze z podziwem spoglądali na dziewczynę, która kpiła z całej niemieckiej potęgi i ciskała najeźdźcy wyzwanie. (…)Wyszliśmy z samochodu. Pierwszy szedł oficer, za nim żołnierze, prowadzący skazaną Zahorską, była całkowicie opanowana. Śmierć nie jest straszna – rzekła do mnie, gdy uścisnąłem jej rękę. Stanąłem z boku, modląc się.Cisze przerywał jedynie szczęk broni i ostre, urywane słowa komendy. Pluton egzekucyjny ustawił się naprzeciwko drzewa, do którego prowadzono Zahorską. Nagle Elbieta zatrzymała się. Pluton egzekucyjny znieruchomiał. Miało się coś stać. Poczułem gwałtowne bicie serca. Dziewczyna stanęła na baczność. Jej twarz dotychczas zarumieniona, przybladła oczy jaśniały. Wydała mi się posągiem, wizją polskiej Nike.W ciszy poranka rozległ się jej silny, dzwieczny głos. Skierowany do wroga w jego języku, był głosem Polski nieugiętej i dumnej:– Noch ist Polen nicht verloren!Elżbieta podeszła szybko do drzewa. Kazała odejść precz żołnierzowi, który chciał jej zawiązać chustka oczy. Podniosłem rękę i posłałem jej znak krzyża.Błysk szabli dającej komendę i trzask salwy. Ciało Elżbiety osunęło się na ziemie. Podeszłem. Nie żyła. Kula zniosta wierzch czaszki. Mózg zmieszany z krwia zbryzgał jej jasne włosy. Oczy miata otwarte, ale nie znać w nich było trwogi. Na lekko rozchylonych ustach dogasało echo słów Tej, która nie zginęła. Klęcząc, namaściłem Olejem świętym jej czoło. Była już wolna! Zaraz potem Niemcy rozstrzelali drugą skazaną”.

Mało kto dziś pamięta o Elżbiecie „Litce” Zahorskiej — jednej z pierwszych prekursorek małego sabotażu w okupowanej Polsce. W domu wołano na nią po prostu Litka.