Ziecie co, swaku, nie kozdy pobozny je prawdzizie, a bywa i tak, ze te, co po odpustach cięgiem latajo i w kościłach ławki wygniatajo, jesce gorse so grzychy. Paniantom, bułem wtedy siurkiem, jak do Kadzidła przylatała z Jezgarki Ignacowa Maryna. Z tych Ignaców, co to jeden łucuł się na organiste, a drugi ozeniuł do Ciańćka z Pelakową Leosią. To nie było na świecie odpustu i śwanta, co by na niemi Maryna nie była. Cy w Carni, cy w Mysańcu, cy w Brodowech-Łąkach, ba nawet do „Kozłów”, co w Długiem-Kącie modlarnie majo, latała. Tylo co jo probosc z Kadzidła sklon, to juz tam potem nie chodziła. To jej od tego wsystkiego we łbzie się przewróciło. Udumała sobzie, ze juz jest taka śwanta, co Pan Bóg po nio jek po tego ajwu, Jelijasa wóz z nieba przyśle.
To jek jej tan pomyślunek do łba wlaz, to nie tylo cale dnie, ale i noce w kadzidlańskim kosciele siedziała, chyba ze jo dziad kościelny wyrzuciuł. Az jednego razu – a było to coś po kwantem Marcinie.
– Maryna siedzi w ławkach, jak ten stóg, bo niała na sobzie kitlów i kaftanów z mendel bez to, co już i przymrozki niezgorse były. Siedzi, pacierze mrucy i kiwa się jek Zyd do psieca. Bo to i prawdziwy śwanty tyle by się wymodleć nie móg…
Było już chyba kole północka. A tak się złożyło, co w Siarcej Łące pod borem cygony stojeli. Dwóch tych niedoziarków udumało z kościoła smatów nakraść. Tak w nocy wyjeni sybe z oken i jeden ostał na dworzu psilnować, a drugi w kosu na prowozku do chrzodka koscioła zjechał i dawaj rabować: to kilim z gradusów, to obrus z ołtarza, to jense dusne rzecy. A uradzili, co jek kos bandzie pełen, to tan z kościoła pociongnie za prowozek. Maryna na tan mament zdrzemnena się. Kiedy się ockena, zobacyła w tam zidoku od lompki, co się przed zielgam ołtarzem sweciła, duzy kos, kilimani usłany, jek wóz po ksiandza do chorego.
– O, mój jejku, myśli Maryna, a może to po mnie aniołozie tan kosyk z nieba przysłali!… jek tak pomyślała, to myk z ławki i siust do kosyka.
Po prawdzie ciasno jej tam było, bo kobzieta jek stodoła, ale jakoś wlazła i za powrozek garściami się złapsiła. To wtedy tamtan cygon, co pod kościołem stojał, pomyślał sobzie, co tan jego kolega znak mu daje, tak zara za prowozek pociongnon. Ciongnie i ciongnie, goleniami w psiach się zaper, az mu Szeniak na portkach pank, bo Maryna wage niezgorse niała. Po siułecce kosyk już kiele okna. Maryna patrzy, a tu gwiazdy mrugają, a niesione jek śle brzany rogalik świeci.
– O la boga! To chyba już niebo – myśli Maryna. Trzeba bandzie zaśpsiwać – a głos to niała jek Lejbowa koza. To jek jo ten ziaterek od okna dmuchnon, Maryna beknena: Śwanty! Śwanty! Śwanty!
A cygon znowu jek tan bek usłysał, to pomyślał, co tamtan, jego kamrat, o ziendarach mu krzycy. To wej, się zlonk, az go w bebechach sperło. Kos puściuł i som w nogi, a Maryna buch z kosem o zienie. Bez cały jegziant potem siedzieć w ławkach nie mogła, bo jej się wsystko pod krzyzani potłukło. Tak to ono i jest. Nie tak letko śwantem ostać, a i do nieba od razu za byle co nie przyjno.
ks. STANISŁAW TWORKOWSKI

