bulakkMożliwość komentowania Wokół kurpiowskiego bartnictwa została wyłączona
Bartnictwo było jedną z najstarszych i jednocześnie najprostszych metod wykorzystania natury przez człowieka. Odgrywało ono jedną z najistotniejszych ról w dziejach Kurpiowszczyzny. Kurpie w puszczańskim rewirze dla ochrony swoich barci oraz dla ich odnalezienia znakowali swoje drzewa. Idąc do swych drzew każdy bartnik był uzbrojony w leziwo, czyli w długi, mocny sznur z nawleczoną nań wąską ławeczką. Stanąwszy pod barcią i przeżegnawszy się zarzucał jeden koniec sznura dokoła drzewa, robił pętelkę, w którą wkładał nogę. Następnie drugą połowę sznura zarzucał wyżej i robił kolejne strzemię, po czym rozwiązywał dolne, i tak wspinał się coraz wyżej – czasem, aż na wysokość 18-tu metrów. Na takiej wysokości znajdowały się też barcie w Zagajnicy. Oparłszy się o drzewo nogami, siedząc na ławeczce, przystępował do swego zajęcia. Wiosna była czasem, kiedy to, rozpoczynano prace przy barciach. W tym okresie podmiatano je, czyli czyszczono z martwych pszczół i suszu. Wybierano z nich puste plastry, a także drążono przy użyciu pieszni (narzędzie służące do wydłubywania barci) tzw. dzienie na nowe roje. W górnej części wydrążonej dzieni przybijano małe deseczki, aby pszczoły mogły przyczepić do nich plastry.
W celu ochrony barci przed „czworonożnymi bartnikami” używano dzwonów albo inaczej mówiąc: samobitni. Tuż przed otworem barci zamieszczano na mocnym sznurze kawał kloca, który miał przeszkadzać niedźwiedziowi w dostaniu się do miodowych plastrów. Zwierzę rozjuszone wahającym się klocem coraz mocniej zaczynało go odpychać. Skutkiem tego rozkołysana samobitnia uderzała intruza tak, że ten musiał opuścić barć. Przy barci umieszczano często, tzw. kolebkę na drągu w ten sposób, ze gdy niedźwiedź na niej się usadowił, odskakiwała od drzewa, spadając na ziemię razem z miłośnikiem miodowego przysmaku. Starano się też gacić barcie, czyli osłaniać chrustem, a to po to, by nie opukiwały je dzięcioły, które w ten sposób próbowały wypłoszyć pszczoły, żeby stały się ich łatwym łupem. Prace bartne kończono uroczyście w dniu św. Michała, kiedy to członkowie bractwa bartnego składali daniny z miodu. Był to czas radości, biesiadowania i zabawy, wspólnego smakowania miodu..
Dzisiaj Puszcza Kurpiowska utraciła swoje bartnicze echa, brzęczenie leśnych pszczół; już nie roznosi się po niej słodki zapach miodu. W drugiej połowie XIX w. zaborca zlikwidował bartnictwo na terenie Puszczy, zakazując Kurpiom wstępu do lasu. Fakt ten, zmusił Puszczaków do zajmowania się pasiecznictwem. Zajęcie to jednak nigdy nie nabrało charakteru zawodowego, było profesją uboczną. Obecnie głos Zagajnicy brzmi zupełnie inaczej, ale warto pamiętać, że nasza ojczyzna była kiedyś krainą miodem płynącą.
Na podstawie: Urszula Kuczyńska „Bartnictwo Kurpiowskiej Puszczy Zielonej”, Łomża 2004.
Foto: rysunek Wojciecha Gersona „Bartnik kurpiowski”, zamieszczony w „Tygodniku Ilustrowanym” z 1881 roku.