Według słów Zofii Warych – pochodzącej z Dębów /pomiędzy Myszyńcem a Łysymi/, dawniej w Adwencie na Kurpiach nawet nie jadano z mlekiem, tylko poszczono. Ten czas niczym się nie różnił od Wielkiego Postu przed Wielkanocą. Od postu zwolnione były tylko kobiety przy nadziei, matki karmiące i dzieci, które nie były jeszcze u komunii świętej.
W przeszłości Adwent nazywany bywał „czterdziestnicą” (ponieważ w średniowieczu trwał 40 dni), a w polskiej tradycji także „przedgodami”. Adwent i długie jesienne wieczory były – zwłaszcza na wsi – czasem zwyczajowych spotkań łączonych zawsze z pracą: przędzeniem wełny i lnu, darciem pierza (tzw. szkubaczkach inaczej podskubkach), przebieraniem siewnego ziarna, fasoli lub grochu i innymi kobiecymi robotami ręcznymi. W Adwencie spotkaniom tym i wykonywanym podczas nich pracom towarzyszyła zwykle wspólnej modlitwie, śpiewie słuchanie pobożnych opowieści.
Tradycyjnie wypiekało się też tzw. wychopnie, czyli placki formowane z pszenicy na zakwasie chlebowym i posypywane makiem. W czasie, gdy wychopnie się piekły to w całym domu unosił się przepiękny zapach tego pieczywa. Upieczone wychopnie wykładało się potem na stół. Wyglądały jak baby świąteczne.
Do wciąż żywych, a nawet odradzających się tradycji adwentowych należy gra na ligawkach. W początkach XIX wieku dźwięk ligawek zyskał znaczenie metafizyczne. Z inspiracji duchowieństwa katolickiego zaczęto grać na nich w Adwencie. Ich dźwięk przypominać miał trąby aniołów zwiastujących narodzenie Chrystusa oraz złowieszcze trąbienie kojarzone z Sądem Ostatecznym. Cel – niepokojenie sumień. Granie na ligawce miało także niekiedy znaczenie bardziej praktyczne – budzenie bladym świtem na swoiste dla Adwentu roraty. Popularne było wówczas powiedzenie: „Wstawajcie psubraty, już czas na roraty”.

