Spróbujmy raz jeszcze spojrzeć w na służbę publiczną, którą wykonują nasi radni gminni. Czy dociekają, pytają i zabierają głos na sesjach, czy też milczą? Obserwacja obrad rady i komisji, a także obecność na nich, skłania do pewnej refleksji, czy oby nie mamy do czynienia z powolnym zanikiem publicznej debaty o najważniejszych sprawach dla miejscowej społeczności?
Wyłonieni jej reprezentanci zazwyczaj milczą. Jedynie nieliczni ośmielają się zabrać głos, co często nie jest mile widziane. Coś tu chyba jest nie tak? Czy to nie zanik demokracji? Przejawem tego są sytuacje, że nie można najważniejszych spraw wspólnie przedyskutować i – co ważne – dojść do consensusu, który zadowalałby wszystkich.
W radzie nie ma formalnego podziału na „rządzących” i „opozycję”. Ale obserwacje pokazują, iż ten kto pyta, stawia problem, zgłasza uwagi lub wniosek, postrzegany jest przez pozostałych jako pewnego rodzaju „intruz”, „mąciciel”. Dlaczego rzadko uwzględniana jest jego racja, a często jest ona zasadna, cenna, słuszna i mająca swe podstawy w realnych potrzebach mieszkańców gminy.
Warto pamiętać o elementarnej zasadzie demokracji, czyli wysłuchania i wzięcia pod uwagę racji mniejszości. W końcu ktoś kto oddał swój głos na radnego, który jest w opozycji, też ma prawo oczekiwać, że jego reprezentant w radzie będzie w jego imieniu zabierał głos, wnosił na forum rady swoje propozycje rozwiązań i argumentował za nimi, a jego racje będą wysłuchane i uwzględnione w publicznym dyskursie. W przeciwnym razie będziemy mieć do czynienia nie z demokracją, a patokracją czyli zepsutą, zdemoralizowaną demokracją od której tylko krok do autokracji.
Powielajmy dobre wzorce samorządowej demokracji, złe wzorce niechaj będą nam obce. Mam nadzieję, iż stać naszych samorządowców na to.

