Po kurpiowskich mariawitach została legenda, która dość swobodnie przedstawia ich historię, ale też wyrazem odczuć, jakie żywili mieszkańcy Puszczy w stosunku do Mariwitów – ciekawość, niepokój, niezrozumienie, ale także wrogość. Oto ona:
„Dawno temu, choć nie tak dawno, by nie mogli tego pamiętać najstarsi mieszkańcy; daleko, ale jeden dzień drogi wystarczy, aby tam dotrzeć, na skraju puszczy leży wieś zwana Długim Kątem. Piękna to kiedyś była okolica, zwierząt tam wówczas mieszkało więcej niż ludzi, a były one rozmaite. Spotkać można było maleńką jaszczurkę, zwinną sarenkę, chytrego lisa i wielkiego niedźwiedzia. A ileż rozmaitych różnorodnych roślin, ile grzybów i jagód!
W tym, wspaniałym, choć trochę dzikim miejscu, ludzie, borykając się z codzienną rzeczywistością, mieli tylko jedno marzenie – mieć swój kościół ze swoim księdzem. Pragnęli, aby w środku ich wioski stanęła chociaż mała kaplica.
Gdy nadeszła zima, prac w gospodarstwie niewiele, zaczęli schodzić się w jednym z domów, by porozmawiać, pożartować, pośpiewać, potańczyć i pośmiać się. Podczas jednego z takich wieczorów postanowili, że sami zbudują kościółek, przecież drzew wokół w puszczy jest tak dużo. Wraz z wiosną zabrali się do pracy: wykarczowali spory kawał lasu, obrabiali drzewo, przygotowywali miejsce pod budowę. Udział w pracach brała cała wieś, robił każdy to, co mógł i umaił, nawet dzieci. Na jesieni kościół był gotowy. Piękny, bo budowany z wielką pasją, dopracowany w każdym szczególe. Kobiety wyczyściły każdy kąt, przyniosły z domów święte obrazki, do każdego ołtarzyka uplotły nowe kwiaty. Raz na tydzień przyjeżdżał ksiądz z Kadzidła, a wtedy kaplica wypełniała się po brzegi.
Szczęśliwy był to czas dla Piskorzy, bo tak zwani byli mieszkańcy tej osady, ze względu na wielką ilość ryb w pobliskiej Rozodze. Ludzie byli wówczas dla siebie dobrzy i mili. Nawzajem sobie pomagali – stanowili jedną, wielką rodzinę. Jednak przyszła wojna, ksiądz przestał przyjeżdżać, a mieszkańcy wiosek swój kościółek mogli odwiedzać tylko po kryjomu – modlili się i dbali o czystość.
W tym czasie do opuszczonego przez katolickiego księdza kościoła przybyli jacyś dziwni ludzie. Większość stanowiły kobiety ubrane w czarne, długie suknie. Rozgościli się w małej drewnianej szopce obok kaplicy. W ciągu dnia widać było, jak próbowali się urządzać, a wieczorem, przechodząc obok tej wiejskiej świątyni, można było zobaczyć jakieś przedziwne obrzędy, usłyszeć niezrozumiałe dla prostych ludzi modły.
Gdy któregoś dnia Piskorzanki podpatrzyły przez okno to, co działo się w kościółku, wielce się zdumiały. Za stołem ofiarnym stały kobiety, do „dziwnej mszy” służyły również kobiety! Na ołtarzu wisiał obraz, niczym Matki Boskiej, ale jakiś inny… Przerażone uciekły, nawet się nie oglądając. Ludzie zaczęli się buntować, jak to możliwe, aby w ich wiosce działy się takie herezje. Długo się zbierali na odwagę, by coś zrobić z nieproszonymi gośćmi – parę lat czekali i znosili „dziwne rządy”. Mariawici, gdyż tak się nazywali przybysze, prowadzili względnie normalne życie w swoim gronie, w swoich rodzinach, gdyż jak się później dowiedziano, zakon ten nie przestrzegał celibatu. Chowali nawet swoich zmarłych w lesie przy drodze na Tatary.
Pewnego dnia zebrali w sobie tyle odwagi, by pójść do swojej kaplicy. Najśmielsza z Piskorzanek oświadczyła dziwnym kapłankom, że mieszkańcy wsi nie zgadzają się na ich obecność, na odprawiane przez nich nabożeństwa, iż się boją, by na wieś nie spadło jakieś nieszczęście. Kapłanki z tajemniczego zgromadzenia spokojnym głosem odparły, że ich zakon, który założyła na przełomie wieków Franciszka Kozłowska, pozwala na to, by msze sprawowały kobiety, a ten tajemniczy obraz na ołtarzu to Matka Boska Kozłowska, słynąca łaskami na Zachodzie, czczą ją również na Pomorzu, i że one są jej czcicielkami. Stwierdziły, że nic nie chcą od mieszkańców, gdyż są Siostrami Ubogimi Św. Klary, naśladują życie Maryi – stąd nazwa ich zgromadzenia. Poza tym zaproponowały, aby mieszkańcy wsi również zaczęli ją wielbić, gdyż czyni cuda. Jednak mieszkańcy Długiego Kątu nie chcieli słuchać wyjaśnień i propozycji mniszek. Wszyscy zaczęli krzyczeć, by pakowały swoje rzeczy, mają już dość ich obecności i niech wynoszą się gdzie indziej odprawiać swoje herezje. Wyzwiska i obelgi były tak dobitne, że kapłanki głosem budzącym trwogę odrzekły, że wyprowadzą się, lecz ten kościół również i im służył nie będzie, zapamiętają na długo swoją niegościnność. Piskorze nie od razu zrozumieli tą swoistą klątwę, cieszyli się tylko, gdy widzieli „herezjan” z torbami zmierzających gościńcem w kierunku Lelisa. Do dziś podobno żyją gdzieś pod Płockiem.
Po tej wyprowadzce nastał we wsi względny spokój, jednak nikt nie mógł się odważyć, by pójść do kaplicy. Gdy po jakimś czasie strach zmalał i poszli sprzątnąć, zdumieli się bardzo. Wnętrze wyglądało, jakby nie było używany przez dwieście lat, wszystko było w fatalnym stanie, a po podłodze biegały myszy. Mieszkańcy wioski przerazili się, jednak kobiety postanowiły posprzątać kościółek. Wtedy zaczęły dziać się dziwne rzeczy…
Na skraju wsi, gdzie stała maleńka kapliczka, w której można było schronić się przed burzą, zaczął obniżać się grunt. Zapadły się w ziemię krzaki, drzewa, a także owa kapliczka. Ludność wioski próbowała ratować to miejsce, przywożąc na wozach piach, jednak gdy nogi grzęzły w miękkiej ziemi, zrezygnowali. Na ich oczach kapliczka znikła. Porządku w kościele wciąż nie można było zrobić, cały czas coś się psuło, ginęło, ludzie chorowali.
Po kilku tygodniach mieszkańcy mieli dość, pojęli to, co odchodząc życzyły im tajemnicze kapłanki. Po rozmowach wspólnie stwierdzili, że rozbiorą przeklęty kościółek, a w przyszłości zbudują drugi. Drzewo z rozbiórki podzielili między siebie i wykorzystali do budowy domów, stodół i innych budynków. Jak do tej pory drugiej kaplicy nie ma, a mieszkańcy Długiego Kąta na niedzielne nabożeństwa jeżdżą do Kadzidła lub Lelisa.
Po uprzątnięciu placu ludzie, których męczyły tajemnicze choroby, wyzdrowieli, a przez miejsce, gdzie zapadła się kapliczka, przeszły trąby powietrzne, które osuszyły trochę ziemię. Mieszkańcy stwierdzili, że to diabeł ogonem zakręcił i zakończył całą sprawę. Do dziś na tamtym miejscu nic się nie buduje, nic się nie uprawia, została tylko nazwa – Bagienko i mały żeliwny krzyż przypominający o dawnych wydarzeniach. Śladem dawnej obecności tajemniczych Mariawitek jest maleńki cmentarzyk w lesie za wsią, jednak dziś mało kto pamięta, czyje szczątki są tam pochowane”.

